Następnego dnia rano Camila postanowiła, że pójdzie na spacer w swoje ulubione miejsce - nad jezioro. Ubrała bluzę, którą bardzo lubiła i dresowe spodnie. Zrobiła jeszcze szybki makijaż i wyszła. Idąc stwierdziła, że jej kochanej psinie Alex, przyda się jakiś towarzysz. Postanowiła, że jutro przejdzie się z suczką do schroniska i przyjrzy psom. Być może któryś przypadnie jej do gustu.
-Hej! Uważaj jak chodzisz!- krzyknął wychodzący z samochodu jakiś grubas -O mało cię nie przejechałem wariatko! Jesteś chora na mózg czy coś? - darł się człowiek
-Tak się składa że mam raka mózgu frajerze, więc możesz to zaliczyć! -krzyknęła nieco zdenerwowana dziewczyna.
-Takie kity wciskaj tatusiowi smarkulo! -zawołał jeszcze facet, wsiadł do auta i odjechał z piskiem opon. Camila nie wytrzymała. Upadła na kolana i zaczęła płakać. Ludzie podchodzili, patrzyli na nią ze współczuciem i odchodzili..
-Camila? - ktoś klepnął ją po ramieniu. Dziewczyna odwróciła głowę i zobaczyła trenera swojego brata, Wernera Schustera.
-Czy ty płaczesz?
-Nie, nie tylko coś mi wpadło do oka. - dziewczyna bezradnie próbowała wybrnąć z sytuacji.
-Obserwowałem Cię chwilę. Płakałaś.
-Ech... Ma pan rację, płakałam.
-Coś się dzieje?
-Przed chwilą jakiś facet prawie mnie potrącił i trochę na mnie nawrzeszczał. To tyle. -uśmiechnęłam się niepewnie.
-Idziesz na trening pokibicować bratu? Zawsze to lubiłaś więc może trochę Cię to rozweseli. -zapytał z uśmiechem Schuster.
-Hmm.. -dziewczyna nie była zdecydowana.. Postanowiła jednak pójść
-Dobrze, chodźmy -oznajmiła.
Na miejscu *
-Skoczkowie są jeszcze w siłowni. Jeśli możesz zanieś im sok. -poprosił Werner.
-Oczywiście.
-Dziękuje.
Dziewczyna udała się do osobistego "bufetu" skoczków, wzięła 3 soki oraz kilka szklanek i próbowała powoli zanieść to skoczkom.
-O Cześć Camila! Co tu robisz? - zapytał przechodzący obok Marinus.
-Przyszłam z trenerem na wasz trening. -powiedziała - Dawno mnie tu nie było, a chętnie bym porozmawiała z niektórymi. -mrugnęła okiem w jego stronę.
-OK! Daj pomogę ci.
-Dziękuje. To ja wezmę soki a ty tacę ze szklankami dobrze?
-Jasne, chodźmy
Gdy doszliśmy Marinus otworzył jedną ręką drzwi, przepuścił w nich Camilę, a zaraz potem wszedł niosąc szklanki. Postawił je na ławce w siłowni i zawołał dziewczynę, która zamyślona szła niepewnie za nim, szukając wzrokiem brata. Zobaczyła go siedzącego samotne na ławce. Był smutny. W dłoni trzymał komórkę. "Pewnie pisze do Elizy" pomyślała. Wzięła dwie szklanki, nalała soku i podeszła do brata.
-Hej. -powiedziała cicho stawiając szklanki na ławce.
-Camila? Camila! -krzyknął uradowany chłopak. Podszedł do niej, pocałował ją w czoło i przytulił.
Mimo, że początkowo dziewczyna się opierała to w końcu się rozluźniła i także wtuliła się w Andiego.
-Tęskniłem -wyznał.
-Ja też. Przepraszam za wszystko. To przeze mnie rozstałeś się z Elizą, jestem beznadziejna.
-To nie twoja wina! A właściwie skąd o tym wiesz?
-Marinus. -dziewczyna posłała mu znaczące spojrzenie. On mrugnął w ich stronę.
-Mogłem się domyślić. -uśmiechnął się słabo.
-Jest tylko dobrym przyjacielem. Jeszcze raz przepraszam. Kocham Cię wiesz?
-Ja Ciebie też Cami. I nie przepraszaj już. Nic się nie dzieje.- powiedział Andreas i przytulił ją mocno do siebie. Dziewczyna zerknęła na zegarek. Dochodziła godzina 17,,O nie! Mam dzisiaj spotkanie z Maćkiem!" więc szybko pocałowała brata w policzek, krzyknęła "Pa" reszcie i z uśmiechem pobiegła do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz